Magazyn / DPTV / Eventy
 
 
 

Obszerny Opener

 
Written by Karla Vega / Photos and illustrations by Karla Vega / 05 Jul 2011
Obszerny Opener | czyli bardzo subiektywna relacja z festiwalu. | Don't Panic online Magazyn

Nie ma nic lepszego niż rzucenie wszystkiego i wyjechanie na festiwal! Zawsze tak uważałam ale po powrocie z tegorocznego Openera jeszcze mocniej utwierdziłam się w tym przekonaniu. To, co najlepsze zaczyna się już w momencie wyjazdu – festiwalowa muzyka w samochodzie, uśmiechnięci współpasażerowie, postoje na stacjach benzynowych – jak w filmie drogi. I wielka niewiadoma wywołująca miłe podniecenie – co zastaniemy na miejscu? Czy będzie czas na spanie? Którzy artyści zaskoczą nas tym razem?

Dzień I – czwartek

Po kilkugodzinnej podróży samochodem przez deszczowe Mazowsze i Mazury, tuż po 10:00 docieramy do Babich Dołów do pani Halinki, która co roku gości nas na swoim mini polu namiotowym. Nie myślcie sobie że to jakieś klepisko, na którym co i rusz wyrastają liczne namioty. O nie – pani Halinka jako estetka zadbała o wizualną oprawę swojej działki i budynków sypialnych. Znajdziemy tam atrapę holenderskiego wiatraka, oczko wodne z egzotycznymi rybami, sztuczne bociany i inne gipsowe osobliwości. Zaletą tego miejsca jest bliskość festiwalu, dobre zaplecze sanitarne, kameralna atmosfera, budująca poczucie wspólnoty z innymi przybyszami (bifory, aftery) oraz kuchnia! Wyśmienite śniadania, obiady i kolacje ze świeżych, ekologicznych produktów które Pani Halinka ma  na wyciągnięcie ręki – po jajka wystarczy pójść za płot – do kurnika J

Bezchmurne niebo, słońce wysoko na niebie i upał sprawiły, że zaniechaliśmy drzemki i udaliśmy się prosto na dziką plażę, oddaloną o jakieś 3 minuty piechotą. Pogoda sprzyjała opalaniu (lekkie poparzenia…), kąpieli w morzu i ogólnemu błogostanowi. Naładowani witaminą D ruszyliśmy na przepyszny obiad (świeża flądra!) i po lekkim biforze ruszyliśmy w kierunku Openera.

Scena głowna należała wtedy do The National – trzeba przyznać że nowojorczycy po koncercie w Krakowie zaskoczyli nas po raz kolejny! Solidna dawka indierocka porządnie nakręca.Osobiście najbardziej czekałam na Coldplay i Caribou więc w międzyczasie sprawdziłam jak radzą sobie The Twilite Singers (świetnie!) i czarujący muzycy z Fat Freddy’s Drop. Mimo obecności wielu scen – m.in. Young Talents (świetny pomysł chociaż wielu artystów już znałam), Silent Disco czy World Stage, tuż przed 22:00 morze ludzi skierowało się ku głównej scenie – Chris Martin z zespołem już rozgrzewał instrumenty. Ten pierwszy w naszym kraju koncert Coldplay był piękny, dopracowany ale też nieco surrealny. Wydawało mi się momentami że chłopcy grają z playback’u – tak idealnie brzmiały ich wykonania wielkich hitów. Trzeba przyznać jednak że Chris to charyzmatyczny wokalista, który w naturalny sposób porywa tłumy. Przeprosił nawet fanów za to, że musieli tak długo czekać na występ grupy w swoim kraju.

Mimo pozytywnych wrażeń po koncercie Coldplay, to, co pokazali muzycy z Caribou przebiło wszystko! Uważam że jest to jeden z najlepszych muzycznych gigów w całej historii Openera. Obecność dwóch perkusji, gitary basowej i multinstrumentalisty Dana Snaith’a stworzyło nieziemski klimat dźwięków, w których można było się zanurzyć. Dan i jego band nie tyle skupili się na dosłownym odtworzeniu utworów z wydanych już albumów (jak Coldplay) ale poddali słuchaczy eksperymentom muzycznym. Kawałków nie dało się łatwo odgadnąć po pierwszych akordach, inne zagrane były na zasadzie patchworku a bisowy „Sun” był grany przez bite 15 minut w 4 różnych aranżacjach – od intymnej ballady, przez euforyczną elektronikę i trans, aż po hevy metal na samym końcu.

Wciąż nie mogę się otrząsnąć po tym co usłyszałam i chyba dlatego inne gigi wypadły na tle Caribou trochę blado. O Simian Mobile Disco (które uwielbiam), wspomnę tylko że nie zrobili na mnie wrażenia po zeszłorocznym występie na Audioriver. Nienasycona udałam się ze wszystkimi w stronę bramek. Zanim zasnęłam, pulsujący bass z hangaru Burn’a, pochodzący od składu My Head is Dubby (Wrocław) długo jeszcze masował mi uszy J

Dzień II – piątek

Od rana ściana deszczu, z przerwami na mżawkę. Wilgotność powietrza dochodząca do 90%. Wszystkie te czynniki sprawiły, że ucieszyłam się z zabrania ze sobą kaloszy i płaszcza przeciwdeszczowego. Odwlekając wyjście do późnego wieczora, kiedy deszcz na pół godziny ustąpił, wyruszyliśmy zmierzyć się z muzyką.

Nasz II dzień na festiwalu zapoczątkował występ Moniki Brodki – ulewa nie powstrzymała tej żywiołowej góralki przed pokazaniem nam szkoły rocka! Nie dało się oderwać wzroku od kolorowego stroju i makijażu artystki. Jej silny głos i charyzma odwracały uwagę od nieznośnych warunków atmosferycznych. W połowie jej koncertu udałam się zobaczyć Abraham Inc, ze względu na to że nie będzie mnie na finałowym koncer

cie Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie, który miał miejsce następnego dnia. Mimo deszczu płynącego po twarzy dopisała i publiczność i atmosfera koncertu - ale i sami muzycy! Mieszanka funku, muzyki klezmerkiej i hip hopu rozgrzała i wprawiłą wszystkich w miłe bujanie. Po ich koncercie odwiedziłam scenę Burn’a i posłuchałam rodzimego Spoxa, który skutecznie rozgrzewał zmokniętą publikę w hangarze. W międzyczasie wpadłam do namiotu Fasion’er na pokaz brandu moich koleżanek – MISBHV – a że wyszedł rewelacyjnie, mogłam tylko pogratulować im stylizacji modeli oraz dużego ruchu przy stoisku.

Zmoknięta postanowiłam odpocząć w olbrzymim namiocie na samym końcu miasteczka festiwalowego – Tent Stage. Akurat weszło Cut Copy ze swoim energetycznym synthpopem, więc nie wytrzymałam długo susząc się na siedząco i ruszyłam w muzyczny trans razem z resztą tłumu.

Nieco później, czekając na PFK Kompany (Pokahontaz, Ego i beatboxer Sot), miło było posłuchać Youssou n’Dour – i całej grupy reprezentującej afrykańskie nuty Senegalu w połączeniu z jazz’em i hip hopem. Ich wykonanie utworu 7 Seconds doprowadziło do wzruszenia większość ludzi zgromadzonych pod sceną – i nie, nie był to deszcz… Na koncercie PFK Kompany poszłam już na całość i stanęłam przy samych barierkach. Słabość do muzyki Pocahontaz, sentyment do kawałków Paktofoniki i obecność Sota – beatboxera który cały czas nakręcał publikę – wszystko to sprawiło że darcie się wniebogłosy skutkuje u mnie brakiem głosu do dziś J Koncert chłopaków był o tyle wart zobaczenia, że na scenie w Gdyni doszło do pojednania między Rahimem a Focusem, którzy symbolicznie zamieniali się partiami wokalnymi w niektórych utworach. Wraz z publiką odśpiewali też Chwile ulotne z dedykacją dla Magika, którego 10 rocznica śmierci przypadła w grudniu ubiegłego roku. Nie zabrakło też nieśmiertelnego Jestem Bogiem, w całości puszczonego z playback’u: jako że muzycy byłej Paktofoniki nie wykonują tego numeru od tragicznej śmierci Łuszcza. Ogólnie chłopaki pokazali, że po latach nadal są w formie i ogłosili wspólne wydanie płyty w najbliższym czasie – a to nastroiło nas optymistycznie.

W tym miejscu chciałabym podziękować przemiłym dziewczynom z namiotu dla mediów, które cierpliwie i z uśmiechem parzyły nam kawę i herbatę a także łatały taśmą izolacyjną nasze podarte płaszcze przeciwdeszczowe! <3

Dzień III – sobota

Po południu deszcz ustąpił a temperatura i wiatr stały się bardziej znośne. Leniwie płynące godziny w naszym maleńkim domku kontrastowały z resztą wieczoru, która upłynęła nam w miasteczku festiwalowym. Przeciągający się bifor spowodował nasze przybycie tuż przed koncertem Prince’a. Od pierwszych taktów wiedziałam że to będzie DUŻA rzecz. Duża ze względu na format artysty – rzadko spotykany w naszym kraju, ale też ze względu na splendor jaki otaczał jego osobowość sceniczną, cekinowe kostiumy i oczywiście kultową muzykę. Artysta, który od kilku lat jest Świadkiem Jehowy pokazał nam jak to jest być prawdziwą divą – jego charyzma wypełniła cały teren festiwalu, głos przeszywał nam uszy, kocie ruchy wprawiały w zdumienie. Jeśli Prince zażądał światełek na niebie – kilkadziesiąt tysięcy osób w kilka sekund wyciągnęło komórki do góry. Jeśli wyznawał nam bezgraniczną miłość – my jemu natychmiast też. Prince jest artystą totalnym – tańczy, gra na kilku instrumentach a mimo obecności na scenie kilku pięknych wokalistek i tancerek – to on przyciągał wzrok, a każdy jego gest był przemyślany artystycznie i wizualnie. Momentem kulminacyjnym koncertu było wykonanie utworu „Purple Rain” w deszczu złoto-fioletowego konfetti które spadało przez kilka minut na liczną publikę.

Wzruszenie widać było w oczach widzów w każdym wieku – od nastolatków po dojrzałych odbiorców którzy przybyli na festiwal ze swoimi kilkuletnimi pociechami. Na uwagę zasłużyło też wykonanie „Nothing compares 2u” – utworu napisanego przez Prince’a dla Sinead O’Connor. Po koncercie przez kilkanaście minut podziwialiśmy pokaz sztucznych ogni z okazji 10-lecia festiwalu.

Występ Goorala widziałam tylko przez moment – odbywał się w tym samym czasie co występ Prince’a (bardzo szkoda!) ale i tak miło było zobaczyć te tłumy i energię płynącą ze sceny. Dzięki Mateusz! Na koncert Big Boi’a się nie doczekałam. Mimo punktualnego zejścia ze sceny Goorala i jego muzyków, Boi’owi nie wystarczyło 40 minut na rozłożenie sprzętu i wielkiego ekranu więc zrezygnowałam. Miło było pospać trochę dłużej bo sobota festiwalowa została zamknięta zdecydowanie wcześniej niż inne dni.

Dzień IV – niedziela

Wielu opuściło rankiem pole namiotowe pani Halinki ale ja w kościach czułam że dziś będzie grubo. Nie mogłam się doczekać! Dzień IV zaczęłam od posłuchania The Wombats, co nie do końca jest tym czego szukam w muzyce ale i tak mi się podobało – było dynamicznie i żywiołowo co nakręciło mnie na resztę nocy. Tent Stage rozkręcił zespół These New Puritans grając futurystycznie zsamplowaną elektronikę. Stworzyło to znakomity wstęp dla Jamesa Blake’a który zdecydowanie dał jeden z najbardziej udanych gigów tegorocznego Openera. Blake ze swoją skromnością nastoletniego chłopca, dojrzałością starego bluesman’a i precyzją muzyczną stanowi zaskakująco prawdziwą całość. Artysta był szczerze wzruszony frekwencją w namiocie (i daleko poza nim), wspominał swój live act podczas UnSound Festivalu w Krakowie i rumienił się słysząc kilkadziesiąt tysięcy osób śpiewających z nim „Limit to your love”. Zapowiedział też nowy album prezentując nowe utwory. Można śmiało uznać go za wizjonera współczesnej elektroniki i najbardziej utalentowanego inżyniera dźwięku jakiego widziała Gdynia.

Udało mi się też zobaczyć The Strokes – kolejny kultowy już band grający u nas po raz pierwszy. Mimo wydania w marcu albumu „Angels” który reaktywował zespół, muzycy zagrali głównie stare, sprawdzone przeboje. Po publice widać było że o to właśnie chodzi! Miłego napięcia nie wytrzymał też lider grupy – Julian Casablankas, spontanicznie rzucając się w tłumy. Wracając w podskokach z ich koncertu, zajęłam możliwie najlepsze miejsce w namiocie Tent Stage – o 23:00 swój koncert grał zespół The Hurts. Zależało mi na nim tym bardziej że ominęłam go w Krakowie – bilety sprzedały się zbyt szybko. Theo Hutchcraft i Adam Anderson z zespołem nie zawiedli mnie i chyba nikogo w namiocie. Dali jeden z najpiękniejszych koncertów jaki słyszałam w życiu – nie powstydziłby się go nawet wczesny Depeche Mode, na którym się częściowo wzorują. Głos, talent i charyzma to nie wszystko. Fraki, które członkowie bandu mają na sobie oraz ich skupienie, są kontrastujące do emocjonalnego synth popu który sączy się z głośników. Z pozoru grzeczny wokalista Theo (24-latek) zadzwiwia swoją dojrzałością sceniczną by za moment dać upust swojej energii łamiąc o podłogę statyw mikrofonu. Cały zespół grał, wkładając w występ całe serce, jakby od tego zależało ich życie – i to dało się odczuć gdy ciarki biegły po plecach.

Oszołomiona tym gigiem zapragnęłam odmiany i pobiegłam zobaczyć prawdziwy wulkan energii wprost ze Sri Lanki - M.I.A. Mocno zaangażowane politycznie teksty i żywiołowa world music w wykonaniu tej nieokrzesanej wokalistki sprawiły, że krew w moich żyłach zaczęła wrzeć. Kolorowa M.I.A skacząca po scenie (i ze sceny) porwała liczną publiczność, która mimo wiatru i niskiej temperatury, rytmicznie skakała razem z nią. Koncert był dość spójny ale niedopracowany – jedni skarżyli się że utwory za długo się „rozkręcały” lub były dobrane chaotycznie – ja wróciłam z niego rozgrzana i rozśpiewana. Potem wpadłam jeszcze do Tent Stage na moich ulubieńców - żydowsko-arabski elektroniczny duet Chromeo! Wokalista Dave 1 (nota bene brat A-Trak'a) i jego talk-box jest na żywo prawdziwą petardą, co w połączeniu z P-Thuggiem tworzy idealną wybuchową mieszankę tanecznego elektrofunku. To było to - jako ich fanka nie zawiodłam się ani trochę i zmęczona rytmicznym podskakiwaniem ruszyłam w stronę sceny głownej. Zanim przejdę do Deadmau5’a, zwrócę uwagę na gastronomię która była w tym roku przebogata. Dania wegetariańskie, wegańskie, kuchnia tajska, sushi, ziemniaki przyrządzane na 10 sposobów czy ekologiczne zupy – wybór był naprawdę cieżki i oprócz gumowatej zapiekanki – zazwyczaj trafiony. Po przekąszeniu małego co-nieco, idąc już w kierunku wyjścia, zatrzymaliśmy się pod sceną główną, na której królował (i to dosłownie) Deadmau5 ze swoim setem. Dopiero po kilku minutach zwróciłam uwagę na muzykę – oszołomiła mnie jego konsoleta dj’ska - wielka, o geometrycznym kształcie, naszpikowana LED-ami a na niej wyjątkowe wizuale. Czegoś takiego jeszcze nie było! To zdecydowanie najlepsze wizualizacje na całym festiwalu (wliczam w to także kask Deadmau5’a w kształcie mysiej głowy – na nim także były wizuale).

Artysta nie zawiódł swoich fanów, którzy licznie zgromadzili się pod sceną. Mnie natomiast zawiodła (zdziwiła) jedna rzecz. Opener promuje się jako ekologiczny – tym bardziej zdziwiło mnie przelewanie napojów z plastikowych butelek w... plastikowe kubki (WTF?) – gdzie tu ekologia? Ile plastiku zużyto i zmarnowano? Nie wiadomo. Ogólnie bawiłam się nieziemsko dobrze i polecam każdemu powtórkę w przyszłym roku – warto choć na kilka dni rzucić wszystko i zmienić klimat. Nawet jeśli będzie lało non stop.

┼ Karla ┼

Specjalne pozdro i podziękowania dla Gosi, Marcina, Natalii, Pawła, drugiego Pawła i dwóch Tomków! Bez was byłoby... inaczej ;) LOVE

 
Podziel się artykułem
Oceń artykuł (L5 / H1)
 
Komentuj
E-mail (nie będzie opublikowany)
Twój komentarz
  • guest-misiulek18
    guest-misiulek18 / Skomentowany: Tue 19 / Jul / 2011, 18:13
     
    W tencie to Ty chyba jednak nie wiesz kogoś słuchała, bo chłopacy z UK nazywaja się HURTS a nie "The Hurts" - nie nawidzą zresztą gdy ktoś dodaje to nieszczęsne 'the' na początku. Także, przydałoby się skorygować :P
     
  • kikimorra
    kikimorra / Skomentowany: Tue 05 / Jul / 2011, 22:31
     
    ale fajnie!!! nie mogę się już doczekać przyszłorocznej edycji! XD
     
  • guest-hydraulik5
    guest-hydraulik5 / Skomentowany: Tue 05 / Jul / 2011, 21:46
     
    Zapomniałem dodać że : Shinead zadebiutowała tym coverem w 1990 .
     
  • karlavega (Ekipa Don't Panic)
    karlavega (Ekipa Don't Panic) / Skomentowany: Tue 05 / Jul / 2011, 21:40
     
    nie ma już literówek bo poprawiłam :)~błędy językowe? raczej nie. Youssou n'Dour - wiem że to imię i nazwisko muzyka z Senegalu, jednak przyjechał w pewnym składzie i użyłam tej nazwy bo sam jej używa kiedy z nimi koncertuje. Pozdro!
     
  • guest-hydraulik5
    guest-hydraulik5 / Skomentowany: Tue 05 / Jul / 2011, 21:39
     
    liczba gości na Audioriver a Open'er trochę się różni, a to że kubki leżały wszędzie to wina ludzi, którzy są na tyle leniwi/ niechlujni / zbyt wiele kosztuje ich wyrzucenie kubka w odpowiednie miejsce. Jednak plastikowych kubków pod sceną główną i tak było o wiele mniej niż w latach ubiegłych, więc akcja miała swoje plusy. Jak już się tak kłócimy o tego Prince (radzę zauważyć rozbieżność dat powstania piosenki a nagrania przez Shinead) to parę faktów : "Nothing Compares 2 U" is a song written in the 1980s by Prince for The Family. In 1985, The Family, a funk band created as an outlet to release more of Prince's music, released their first and only album, the self-titled The Family. "Nothing Compares 2 U" appeared on the album but it was not released as a single, and received little recognition. Myślę, że nikt nie będzie miał problemu z tłumaczeniem. Pozdrawiam L.
     
  • guest-jablon
    guest-jablon / Skomentowany: Tue 05 / Jul / 2011, 21:27
     
    Hej Karla ta recenzja to trochę masakra ne żebym się dowalał ale masa tu błędów językowych , literówek , popracuj nad tym.A przy okazji Youssou n’Dour to nie zespół tylko imię i nazwisko artysty z Senegalu , mającego tam mniej więcej taką pozycję jak Marley na Jamajce
     
  • wuwu
    wuwu / Skomentowany: Tue 05 / Jul / 2011, 21:23
     
    oczywiście że napisał ją dla Sinead!
     
  • karlavega (Ekipa Don't Panic)
    karlavega (Ekipa Don't Panic) / Skomentowany: Tue 05 / Jul / 2011, 21:19
     
    przecież napisałam - napisał ją DLA SINEAD. kubki - coż, akcja nieudana, kubki leżały wszędzie. Wymóg? Na Audioriver i wielu innych mogłam chodzić z butelką, nawet od piwa - kubkiem pełnym piwa czy Coli też można rzucić, zwłaszcza jak się stoi pod sceną. pozdrawiam
     
  • guest-hydraulik5
    guest-hydraulik5 / Skomentowany: Tue 05 / Jul / 2011, 20:56
     
    po przeczytaniu artykułu mam parę zastrzeżeń: - plastikowe kubki - wymóg na imprezach masowych "aby ktoś nie wpadł na pomysł uszkodzić artystów lecącą butelką" co do ekologii na ten temat to jak wiadomo była ogromna akcja przed każdym wejściem (dziurą w ogrodzeniu) na sceny "oddaj kubek" co zachęcało do składowania kubków które następnie były segregowane i przeznaczone na recykling. - Piosenka : Nothing compares to you : nie jest napisana dla Sinead ! Piosenkarka nagrała własną wersję tej piosenki , sama w sobie powstała w latach 80 przez Prince'a. Sam Prince jest bardzo urażony gdy ktoś przypisuje tę piosenkę Sinead. Pozdrawiam L.
     
  • karlavega (Ekipa Don't Panic)
    karlavega (Ekipa Don't Panic) / Skomentowany: Tue 05 / Jul / 2011, 20:50
     
    samochód 1 klasa, a głośniki... TURBO! :)
     
  • guest-jordan23
    guest-jordan23 / Skomentowany: Tue 05 / Jul / 2011, 20:47
     
    Kojarze ten samochod "Jimmy" z Woodstocku, Sunrise , Coke Liva :D Pozdrawiam
 
Najnowsze
 
Promo
 
 
 
 
Sin by Otecki
Sin
by Otecki