Jak dobrze być królem
Jeremy Fish uwielbia dobre historie. Widać to po każdej postaci czy strasznym zwierzaku, którego stworzył – od niedźwiedzia niosącego czaszkę, przez gangsterskie sowy, po palące fajkę wieloryby czy głupiutkie różowe zające. Urodzony w Nowym Jorku w 1974 roku, Fish przeniósł się do San Francisco 20 lat później, by rozpocząć studia artystyczne i zakochać się na zabój. Dziś mówi, że nie mógłby mieszkać gdzie indziej. Przyjaciele nazywają go Królem North Beach, a on sam jest maniakiem diety, na którą składa się kawa, piwo i „okazjonalnie jedzone grillowane burgery”.
.jpg)

Przeprowadzono z Tobą setki wywiadów. Czy jest jakaś złota myśl, którą jeszcze nie podzieliłeś się ze światem?
Jeremy: Tak, jestem miłym facetem.
Okay... To skąd wzięła się ksywa Króla North Beach?
Jeremy: Wymyśliła ją Lizzy, moja koleżanka. Zawsze sobie na ten temat żartowaliśmy. Mam nadzieję że kiedyś naprawdę zostanę koronowany na króla wszelkiego sąsiedztwa. Myślę że Aesop (Rock) także odnosi się do mojej ksywy (śmiech).
Biografia na twojej stronie sugeruje, że jesteś szalonym brodaczem, wypełnionym kawą, wyrzucającym z siebie grafiki jak jakaś maszyna. Tak jest u ciebie na serio?
Jeremy: Tak.
Ok, to jaką najbardziej lubisz kawę?
Jeremy: Espresso z odrobiną zimnego mleka, ponieważ jestem dość zdystansowany.

Przy jakiej muzie najlepiej ci się pracuje?
Jeremy: Przy hip-hopie rysuję. Do burzy mózgu najlepiej mi robi instrumental a agresywne teksty jak robię szkice.
Zaprojektowałeś swoje tatuaże czy uważasz że to zły pomysł?
Jeremy: Nie nie, moje tatuaże zaprojektował i wykonał Grime tutaj w San Francisco. Nie noszę także koszulek z moimi projektami. Z roku na rok mój warsztat staje się coraz lepszy, więc nie chcę patrzeć na jakieś słabsze rzeczy sprzed lat, nawet na ubraniach.
Wydajesz pieniądze na sztukę, kulturę?
Jeremy: Na koncerty, bilety do kina, piękne podane dania i artystyczne piwa (śmiech).
Jak się czujesz, widząc prace innego artysty, wyraźnie zainspirowane twoim stylem?
.jpg)
Jaka jest różnica między inspiracją a plagiatem?
Jeremy: Co innego ugryźć, co innego zjeść w całości…
Czy kiedykolwiek miałeś w zanadrzu ciekawą historię ale nie przełożyłeś jej odpowiednio na obraz?
Jeremy: Ciągle mi się to przytrafia. Zazwyczaj ludzie nie mają pojęcia, jaką historię chcę im przekazać. Więc jeśli grafika nie jest wystarczająco mocna i sugestywna w odbiorze, przegrywam jako artysta. Czasem widzę świetnie opowiedzianą historię, a ludzie widzą tylko ciężki, skomplikowany kawałek artystycznego gówna. To mnie demotywuje.
Skąd więc bierzesz te historie? Np. do swojego animowanego show?
Jeremy: Z mojego życia, z życia mojego brata, kolesia poznanego w barze, coś z filmów, coś z muzyki. Głównie osobiste inspiracje.
Nadal jeździsz na desce?
Jeremy: Nie bardzo. Trochę jeździłem jakiś czas temu, ale złamałem nogę w kostce, a parę lat temu przeszedłem przeszczep więzadła w kolanie. Przystopowałem więc.


Spędzasz czas w otoczeniu innych znanych artystów?
Jeremy: Jeśli równe z nich chłopy, to jasne że tak.
Twoi ulubieńcy?
Jeremy: W San Francisco? Lubię Mike Giant, Mars One, Ferris Plock, Pushead, Sam Flores. Sporo tu morowych gości (śmiech).
Chodzisz na ich wystawy, wernisaże?
Jeremy: Jasne, jeśli tylko jestem w mieście i coś się dzieje, to ja tam jestem. Mamy tu mocną scenę sztuki.
Masz jakiąś ulubioną grafikę, do której jesteś zbyt przywiązany, by ją sprzedać?
Jeremy: Nie.
Jeremy: North Beach, aka Mała Italia. Z lokali polecam Specs, Tosca, Romolo, Naked Lunch, Golden Boy, Caffe Trieste oraz Tony's Pizza.
Plany na 2012?
Jeremy: Ciężko pracować, bardziej się przyczajać.

Więcej info o Jeremym Fish'u znajdziecie na oficjalnej stronie i blogu. Koniecznie obejrzyjcie też Creepy Uncle Fish tutaj
-
Kulturalia 2012
-
Książki zBUntowane
-
Ripakt
-
wyANIMUJ design
-
V Festiwal Atelier PTT
-
Zagadka całusa
-
Miejsce z niewidzialnym szyldem
-
Dupa, nie nazwa
-
Artysta do Poznania: Marlena Majch



