Coldplay w pogoni za Justinem Bieberem
Written by Przemysław Budnik / Photos and illustrations by web / 25 Oct 2011
Trudno nazwać ich zespołem rockowym, ale jeszcze trudniej nałożyć popową łatke. Zespół Coldplay to dziwne zjawisko, które za każdym razem gdy się pojawia robi wokół siebie dużo zamieszania, elektryzuje środowisko muzyczne i ...? No właśnie czy pod barwnym wizerunkiem uszytym z nowoczesnego sprzętu i fajerwerków kryję się coś więcej? Czy to ciągle jeden z najważniejszych zespołów w Wielkiej Brytanii?
Po najsłabszym w karierze krążku Viva la vida i pierwszym koncercie w Polsce przychodzi czas na nowy materiał. Częściowo prezentowany podczas wakacyjnej trasy nabiera nieco innego kontekstu w połączeniu ze studyjną całością, Na pierwszy ogień idzie Every tear drop is a waterfall - zdecydowanie zrobiony do radia. Można go porównać do tytułowego singla z poprzedniej płyty. Można nawet wybaczyć. Zostaliśmy przyzwyczajeni, że ceną sukcesu zespołu Coldplay jest 1/4 miernych popowych piosenek. Niestety sam wokalista przyznał, że w tych czasach muszą konkurować z takimi gwiazdami jak Justin Bieber czy Adele. Jest to słyszalne i martwi z każdą płytą coraz bardziej. Omijając to zjawisko wypada wyrzucić kolejny singiel Paradise, który tylko tytułem może kojarzyć się z rajem. Jest to najzwyczajniej w świecie popowy, zapamiętywalny numer dobry na karaoke. Nic nie przekazuje, a co najważniejsze jego banalny tekst może przypominać utwór najniższych lotów. Od zespołu, który ma w swoim dorobku wyznaczniki metafor można oczekiwać czegoś więcej niż "para para para paradise". Trzecim nieporozumieniem na Mylo Xyloto jest duet z Rihanna - "księżniczką z Chin", który jest idealnym potwierdzeniem pogoni za mainstreamem w najgorszym wydaniu. Dziewczyna ma głos, ale czy to wystarczający powód?

Drugą stroną nowej płyty Coldplay jest kilka piosenek zasługujących na uwagę, W pierwszej kolejności Up in Flames, ewidentne nawiązanie do (dobrego!) debiutu. Kwintesencja ich twórczości, bo jeśli pamięcią sięgniemy wcześniej - Brytyjczycy wzruszali. Tak właśnie jest w tym przypadku. Z kolei robiący furorę na festiwalu Open'er Charlie Brown to brak elektronicznych modyfikacji, brak ingerencji często niepotrzebnych eksperymentów. Można śmiało powiedzieć, że to kompozycja idealna na żywiołowe koncerty. Podobnie jest z Hurts like Heaven gdzie obok dobrego gitarowego grania przemycono trochę "przeszkadzajek", które wcale w tym przypadku nie przeszkadzają, są dodatkowym atutem. Mocnym punktem, który łączy wszystko w jedną spójną całość jest Major Minus. Gdyby ktoś mnie zapytał jaki jest nowy Coldplay, odpowiedziałbym właśnie tą piosenką.
Jednoznacznie nie możemy ocenić całego krążka, Słuchając tylko singli i oglądając denne teledyski można wysnuć wnioski, że to kolejna nudna płyta w dyskografii, która nie jest warta kupienia. Ze względu na sentyment dwóch pierwszych płyt, polecam jednak całość, energię i moc znaną nam z nich, da się odnaleźć między wierszami. Koneserzy nowoczesnego rocka powinni być zadowoleni...
Oceń artykuł (L1 / H0)
Komentuj
Wróć do artykułów
Najnowsze
-
Vermones - Humanicals
-
Wejdź w to głeboko
-
Grubson - Gruby Brzuch
-
1500m2 muzyki
-
To jest klubing, czyli...
-
Muzak - nowy album Plazmatikonu
-
Trochę plaży w Poznaniu
-
A imię jego... 44
-
Flash Mob Poland
Promo



